Siedząc
na tylnym siedzeniu, spoglądała na mijający krajobraz - gęsta zabudowa miasta,
przekształcała się w pojedyncze budynki, które wyznaczały odpowiedni kierunek.
Pojawiające się na poboczach drzewa, zdawały się być zielonymi drogowskazami,
prowadzącymi do jej nowego celu. Już od dawna nie odwiedzała miejsca, do
którego zmierzała. Kiedy ostatni raz je odwiedziła?
Sama, czy z nimi? To byłoby
odpowiednie pytanie. Przecież to będzie jej pierwszy raz, od kiedy odwiedzi ich
sama, ba od kiedy będzie miała tu zamieszkać. Czy oni też są tak bardzo
nieszczęśliwi, że mają ochotę zrobić komuś krzywdę, a zwłaszcza sobie? Nie.
Podejrzewa, że nie czują w połowie tego, co ona. Złość i frustracja wypełniały
wszystkie naczynia krwionośne, rozlewając się po całym jej organizmie,
zostawiając po sobie jedynie czczą pustkę.
Spojrzała na taksówkarza, ze
spokojną twarzą kierującego samochód. Jak mógł tak spokojnie siedzieć i się nią
nie zainteresować? Przecież schudła, zbladła i zmizerniała – słuchała tych słów
od wszystkich znajomych, którzy w kółko odwiedzali ją – robota. Kierowca
przyjrzał jej się we wstecznym lusterku. Czy teraz zauważył? Posłał jej miły i
szeroki uśmiech, a więc nie, nic nie dostrzegł. Palant. Jeździ z tyloma
pasażerami, a nie potrafi wyczytać z ich twarzy bólu?
Zła odwróciła głowę z powrotem w
stronę szyby i na nowo zajęła się mijanym krajobrazem. Budynki zniknęły w
ogóle. Wjeżdżała do samotnych lasów, które uświadomiły jej, że prawie są na
miejscu. Przypomniała sobie, że jeszcze tylko jeden skręt w prawo i powita ich
znak oznajmiający, iż to droga prywatna, a za nim już tylko podjazd alejką
dębową i będą u celu.
Poczuła dreszcz przebiegający jej
wzdłuż kręgosłupa, kiedy ujrzała niewielki pałacyk, z jasną elewacją, setką
okien i pięknym różanym ogrodem. Wciągnęła nosem powietrze i przypomniała sobie
lato z dzieciństwa, kiedy jako mała dziewczynka bawiła się z bratem w
chowanego. Uwielbiali to miejsce, a ona w szczególności ubóstwiała temu
rosarium. Zobaczyła przed wejściem zatrwożoną i zniecierpliwioną postać,
przestępującą z nogi na nogę. Uśmiechnęła się na widok tej starszej kobiety,
wysokiej i zawsze szykownej, w eleganckiej garsonce, ze sznurem pereł u szyi.
Kierowca zatrzymał się na
podjeździe. Wyszedł i otworzył jej drzwi. Hannah uśmiechnęła się słabo i
wręczyła mu banknot, oświadczając iż reszty nie musi jej zwracać. Mężczyzna z
błyskiem w oku udał się na tył samochodu by wyjąc z bagażnika jej walizki. O
dziwo były tylko dwie. Jak na nią to bardzo mało, ale skąd on mógł to wiedzieć,
że jeszcze przed rokiem, zajęłyby cały schowek, a on nie uśmiechałby się tak
życzliwie, wiedząc że musi je wyciągnąć.
- Hanno – zaczęła babcia, zbliżając się do niej i
całując jej oba policzki i mocno do siebie przytulając. – Cieszę się, że jesteś
cała i zdrowa. Nie mogliśmy się ciebie doczekać.
- A gdzie dziadek?
- W domu, miał ważny telefon z firmy i pewnie teraz
wytrząsa się na asystencie, za to, że nie mógł cię przywitać razem ze mną –
uśmiechnęła się, a Hannah odetchnęła z ulgą. Nie było żadnych oskarżeń, że
schudła, zbladła i zmizerniała, choć wiedziała, że jeszcze czeka ją powitanie
dziadka, który choć surowy, potrafił powściągać język w odpowiednich momentach.
Otulona ramieniem babci Natalii,
przekroczyła próg pałacu, który kiedyś był jej zamkiem księżniczki. Owionął ją
ten sam zapach wypolerowanego i zaimpregnowanego drewna. Uwielbiała tą woń,
przypominającą jej bezpieczeństwo i stałość. Omiotła wzrokiem hol. Wszystko
zostało takie samo, oprócz garderoby, która zniknęła na rzecz jednej wielkiej zamontowanej
w ścianie. Schody prowadzące na piętra, były pięknie świecące, z ciemnego dębu,
który trochę skrzypiał, kiedy wspinała się po nich jeszcze sześć lat temu.
Dotknęła ozdobnej balustrady i uśmiechnęła się w sobie. Tyle miała dobrych
wspomnień z tego przeogromnego domu, stanowczo zbyt wielkiego jak na dwoje
starszych ludzi, dwie gosposie i jednego zarządcę. Ale cóż jej było oceniać?
Przeszła z babcią do wielkiego
salonu, w którym zauważyła nowoczesny telewizor, przestronną kanapę, fotele i
niski, nowoczesny stół, na którym serwowano kawę czy tez herbatę. Babcia
zaproponowała coś do picia i dziewczyna wybrała caffe latte, jej ulubioną. Natalia
zawołała panią Monikę, która skinęła głową i po chwili zniknęła za drzwiami od
kuchni.
- To nasza kucharka.
- A gdzie pani Tereska? - usiadła przy stoliku, na jednej z nowoczesnych
kanap.
- Wiesz dziecko, starość nie radość – uśmiechnęła się
babcia, puszczając do niej oczko. – Pani Teresa była starsza ode mnie, więc nic
dziwnego, że chciała pójść na odpoczynek. Daliśmy jej sowite wynagrodzenie na
odchodne, pragnęła jechać do sanatorium. Jej marzenie się spełniło i teraz
odpoczywa. – Babcia Natalia zawsze dbała o pracowników. Żaden z nich nie
narzekał, bo mieli z góry ustalone godziny pracy, dobrą płacę i niezbyt wiele
obowiązków, jako że oboje z mężem cieszyli się bardzo dobrym zdrowiem, nie
marudzili i nie wznosili się ponad stan. Zawsze w nich to podziwiała, bo nawet
jej rodzice od czasu do czasu dawali znać, że nie są tacy jak inni.
Tacy jak inni – czyli biedni. Mieli
pieniądze. Mieli ich nawet bardzo dużo, bo jej ojciec, jako jedynak, miał to
szczęście, że jego ojciec miał głowę na karku i w odpowiednim momencie
zainwestował pewną, dosyć dużą sumę w interes, który okazał się strzałem w
dziesiątkę. Po kilku latach biznes się rozrósł, a jego jedyny syn, oczko w
głowie rozszerzył go na zagranicę.
USA było jej domem od bardzo wielu
lat. W sumie, urodziła się jako Amerykanka, ma obywatelstwo i polskie, jak i
tamto. Mieszkali w Miami. Bardzo gorącym i cudownym Miami, gdzie mieli willę
tuż przy oceanie. Uwielbiała ten dom, w którym dorastała wraz z bratem Simonem
– Szymonem, jak nieraz go nazywała. Był od niej o sześć lat starszy, więc jako
mała dziewczynka uważała go za swojego bohatera.
Byli niezwykle zżytą rodziną, taką
polską, jak to zawsze powtarzała jej matka. Mimo tego, że rodzice byli
zabiegani, wieczory zazwyczaj spędzali razem, a jeżeli nie, to zawsze niedziela
okazywała się rodzinnym świętem, celebrowanym i wytwornym. Ale niestety, to
wszystko przeminęło trzy miesiące temu. Szymon został w Miami, ona przyleciała
do Polski, paląc za sobą prawie wszystkie mosty, no a rodzice… No właśnie – ich
już niestety nie ma.
- Witaj, kochanie – stanął przed nią wysoki,
siwowłosy Jan S., położył jej dłoń na ramieniu. Hannah wstała, a on
bezceremonialnie pochwycił wnuczkę w ramiona i mocno przycisnął do piersi. –
Tak dobrze, że wreszcie jesteś z nami – przeczesał jej włosy palcami i złożył
na nich dziadkowy, pełen uczuć pocałunek. Hanna wtuliła się w niego i poczuła
wzbierające w niej łzy. Nie mogła wydusić z siebie słowa, choć miała im tyle do
powiedzenia. Teraz nie czuła niczego, oprócz wielkiej frustracji i zawodu, jaki
im sprawiła. Bo jak inaczej można by było nazwać fakt, że przyczyniła się do
ich śmierci?
- Witaj dziadku – odpowiedziała i odsunęła się od
niego na kilkanaście centymetrów, by zaczerpnąć powietrza. Spojrzała na babcie,
która przyglądała się swojemu mężowi z ciepłym uśmiechem. – Jak rozmowa? Babcia
mówiła, że będziesz na kogoś musiał nakrzyczeć.
- Ależ kochanie, nie przejmuj się. To zwykłe służbowe
sprawy. Oni wszyscy myślą, że jak jestem już stary, to wszystko umyka moim
oczom. A prawda jest przecież taka, że nadal mam sokoli wzrok i bystry umysł –
uśmiechnął się. Hannah nie miała pojęcia, w jaki sposób udaje im się zachować
wewnętrzną radość. Czy oni poszaleli?
- Cieszę się, że was widzę, ale chyba muszę się iść
położyć. Jestem zmęczona tym przelotem i tym wszystkim – rozłożyła ręce i
udała, że ziewa. Dziadkowie pokiwali głowami i pozwolili jej udać się na
piętro, gdzie na końcu prawego korytarza znajdowała się sypialnia, należąca
tylko do niej. Musiała odsapnąć. Była przytłoczona ich wesołością, bo przecież
jak można się radować? Jak właściwie mogą przyjmować ją tak ochoczo pod swój
dach, skoro to ona doprowadziła do śmierci ich ukochanego i jedynego dziecka? Spojrzała
na zegarek, który wskazywał czternastą. U Szymona będzie coś po ósmej rano, a
więc mogła bez obawy do niego zadzwonić - od godziny był w pracy.
Otworzyła
drzwi i weszła do swojej dawnej sypialni i poczuła, że przenosi się w czasie.
Sześć lat temu zamknęła ten pokój, zostawiając w nim wszystko tak, jak
zobaczyła właśnie teraz: te same zasłonki i firanki, meble z ułożonymi na nich
bibelotami, łóżko zasłane tak, jakby ten czas wcale nie minął…
Usiadła
przed biurkiem i wyciągnęła swojego Macbooka i połączyła się z siecią przez
wi-fi. Włączyła skypa i zadzwoniła do Szymona – Simona. Kiedy zobaczyła jego
twarz w monitorze, na usta powrócił jej uśmiech. Byli do siebie tacy podobni.
Te same rudawe włosy, z tym, że on miał krótko i modnie przycięte, a jej
spływały kaskadami na plecy w delikatnych falach. Dzielili też identyczną barwę
oczu, choć czasami odcień jej zieleni był o wiele głębszy niż jego, wpadający w
szarość. Kochała go niesamowicie, i tylko dla niego była gotowa zostać w
Stanach, choć byłaby tam najnieszczęśliwszą osobą na świecie. W końcu zrozumiał
to i pozwolił siostrze wyjechać, a kiedy żegnali się na lotnisku, widziała, jak
łzy płyną mu ciurkiem po policzkach, tak jak i jej.
- Cześć i czołem! – krzyknął trochę zbyt głośno. –
Jak się ma moje maleństwo? – zapytał z troską, a Hannah nie wytrzymała,
wybuchła płaczem. Gdyby tylko mogła się do niego przytulić. Tak bardzo jej go
brakowało, choć nie widziała się z nim od wczoraj. – Moja sis, co się dzieje?
- Nie mam sił – zakryła oczy rękoma. – Oni się tak
cieszą, że wróciłam. Powitali mnie, jakby nigdy nic, a ja nie mogę na nich
patrzeć. Jestem taka żałosna… - łkała, a Szymon bezradnie siedział przed
monitorem, będąc na drugim końcu świata i jedyne co mógł zrobić, to bezczynnie
patrzeć, jak jego maleńka siostra płacze po drugiej stronie, wylewając
wszystkie żale i smutki, które się w niej zebrały.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz